A gdyby tak nie chodzić do szkoły?

Szkoła a poczucie własnej wartości

Zanim zacznę omawiać temat artykułu, chciałabym się podzielić doświadczeniem moim i mojego męża. Otóż, coraz więcej zaniepokojonych rodziców dzwoni do nas i informuje, że ich dzieci już w klasach 1-3 mają bardzo niską motywację do nauki, zaczynają się pojawiać zaległości, popołudniowa walka z dzieckiem o odrobienie zadań domowych i ciągłe uwagi, czy nawet złe oceny (tak, tak – miało nie być ocen w nauczaniu początkowym, ale wciąż wiele osób zaangażowanych w edukację jest od nich uzależniona – zarówno rodzice, jak i nauczyciele, a w późniejszych latach, także dzieci). Kiedy dzielę się tymi spostrzeżeniami, to wiele osób jest zwyczajnie przerażonych, że już w tak młodym wieku serwujemy dzieciom danie złożone z nadmiernych wymagań, stresu, nudy i dyscypliny rodem z „Another Brick in the Wall”. Tych dzieci jest coraz więcej. Oczywiście jest część dzieci, która świetnie się odnalazła w grupie, lubi swoją panią, chętnie chodzi do szkoły. W klasach 1-3 bardzo wiele zależy od jednego nauczyciela. Od tego, czy zauważa różne potrzeby dzieci, czy jest zaangażowany w swoją pracę, czy ma dobry kontakt z rodzicami. Nierzadko, to właśnie rodzice dążą do tego, aby już od pierwszych klas dzieciom stawiać oceny, zadawać zadania domowe. Zaczęłam szukać alternatyw. Na początku napisałam artykuł o motywacji wewnętrznej, o tym jak ją wspierać, znajdziecie go tutaj. Potem napisałam dwa artykuły o zabawie i jej znaczeniu w wieku szkolnym i wielkiej tęsknocie dzieci za tą zabawą, którą mieli w przedszkolu – swobodną, nieprzerwaną, kreatywną… tutaj i tutaj.

W pracy z moimi klientami zauważam, że największymi problemami w klasach 1-3 jest brak motywacji dzieci do nauki, trudności z czytaniem, zapominanie zadań domowych, trudności z koncentracją uwagi. W klasach 4-6 dzieci zniechęcone szkołą są nieco bardziej pokorne, dostrzegły, że bunt niczemu nie służy. Buntują się nadal, bo wchodzą w okres dojrzewania, ale na zajęciach starają się jak najwięcej nauczyć, często zagubieni totalnie w lekcjach, natłoku zajęć dodatkowych są przytłoczeni i co najsmutniejsze… mają niskie poczucie własnej wartości. Ciągłe nagany, brak zrozumienia nauczyciela, brak zabawy, brak nauki przez doświadczanie skutkuje tym, że przychodzi obojętność. Dzieci tkwią wraz z rodzicami w błędnym kole.

Dziecko dostaje uwagę / złą ocenę –>

Rodzic omawia to z dzieckiem, upomina, czasami daje karę. Nierzadko rodzic myśli, że dziecko wcale nie było winne temu, że dostało uwagę. –>

Dziecko nie rozumie, co z nim jest nie tak. Uczyło się, a i tak dostało złą ocenę. Do tego jeszcze rodzice są niezadowoleni. –>

Przychodzi niechęć, myśli, że jakikolwiek wysiłek nie ma sensu. W końcu przychodzi obojętność. –> Dziecko ponownie dostaje uwagę / złą ocenę…

Po jakimś czasie dziecko zaczyna myśleć, że coś jest z nim nie tak. Myśli, że jest głupie i beznadziejne. Dzieci przede wszystkim pragną czuć, że z nimi wszystko jest w porządku, że potrafią w czymś być naprawdę dobre. Dzieci chcą, by ktoś dostrzegał ich postępy i niekoniecznie nagradzał, po prostu widział. Widział je, takie, jakie są, a nie jakie powinny być! Dziecko potrzebuje wsparcia i nie koncentrowania się na jego trudnościach, ale na zasobach, talentach, które można wykorzystać w pokonywaniu drobnych trudności.

Andre Stern

Zaczęłam czytać więcej, słuchać… Zaczęłam odkrywać Andre Sterna, człowieka, który nigdy nie był ani w szkole, ani w przedszkolu. Wyrósł na kogoś, kto potrafił nawiązać bliską relację z drugim człowiekiem, założyć rodzinę i ją utrzymać. Andre Stern nawiązał wiele ciekawych relacji z ludźmi w różnym wieku i przede wszystkim utrzymał ciepłe i bardzo bliskie (ale nie toksyczne) relacje ze swoją rodziną. Jak sam o sobie mówi, nie czuł, aby kiedykolwiek musiał się buntować. Ufał, szanował swoich rodziców. Najpierw obejrzałam jego krótkie filmy na YouTube i wyłapałam kilka rzeczy: pokazuje, że dziecko uczące się w domu nie jest podporządkowane systemowi szkolnemu, wszystkim zasadom oceniania, rygorowi 45-minutowych lekcji, a z drugiej strony stawia nacisk na granicę, które nawet nie tyle stawia się dzieciom, ale żyje się zgodnie z nimi, a dzieci żyjące z nami uczą się ich w sposób naturalny. Możliwe, że dlatego nigdy nie czuł wielkiego buntu przeciwko zasadom, które były w jego domu, widział, że wszyscy w rodzinie żyją w zgodzie z nimi. Andre Stern zaraża zachwytem. To, z jakim entuzjazmem, spokojem i błogością opowiada o swoim dzieciństwie i nauce jest fenomenalne. Gdy zaczęłam czytać jego książki dostrzegłam, że pokazuje głownie swój punkt widzenia.

Rodzice

Jego rodzice byli towarzyszami zabaw, obserwatorami jego odkryć, byli cierpliwi, nie mieli oczekiwań, planów. Zasady w ich domu były jasne i przestrzegane, ale jedyne, co oni robili w edukacji Andre to go zauważali. Gdy tylko pojawił się, aby opowiedzieć im o swojej zabawie, natychmiast przerywali pracę, choć na tą drobną chwilę, aby go wysłuchać, dostrzec. Rodzice widzieli, czym się interesuje. Czasem on sam wychodził z inicjatywą i prosił rodziców o potrzebne materiały, a często to rodzice „sprowadzali” do domu książki, materiały, które Andre mógł wykorzystać. Nikt nie organizował mu lekcji, planów, pracowali metodą projektów, ale taką, która nie oczekiwała żadnego konkretnego efektu końcowego. Sama to widzę, że czasami bawię się czymś nowym z moimi dziećmi i po chwili okazuje się, że kompletnie nie chcą się w to angażować. Nie przekonuje ich do tego, spróbowali, nie zaangażowali się i zrezygnowaliśmy. Najczęściej to właśnie dzieci „proponują” temat, który chciałyby zgłębić. Mnie, jako rodzica zastanawia, jak sobie poradzili rodzice Andre z pracą. Czasami wspominał, że rodzice pracowali w domu, a on przynosił zabawki tam, gdzie byli i robił swoje. Był z nimi, bawił się i jednocześnie obserwował ich.

Dla wszystkich?

Wszystko, co przeczytałam zaczęło mnie zastanawiać, zaczęłam myśleć, że Andre jest człowiekiem z pewnymi cechami charakteru, osobowością. Zastanawiałam się, czy są takie osobowości, dla których taka forma edukacji byłaby absolutnie złym pomysłem? Czy dla mnie szkoła była stratą czasu, czy mnie wiele uczyła? Ja sobie radziłam, nie miałam złych ocen, nie miałam dużych trudności, zadania domowe nie zajmowały mi zbyt wiele czasu, a rodzice nie wymagali samych piątek. Źle mi nie było, ale nie pamiętam by szkoła budziła mój zachwyt. Miałam ulubione przedmioty i te, z których do dziś ubolewam, że nie nauczyłam się zbyt wiele. Bardzo prawdopodobne, że mogłam nauczyć się więcej sama w domu, możliwe, że byłoby to ciekawsze.

We mnie nadal jest dylemat. Czy dla moich dzieci edukacja domowa byłaby dobrym pomysłem? Czy dla mnie byłoby to dobre? Przecież potrzebuje chwili dla siebie, potrzebuje mieć czas na pracę. Jak to pogodzić? A co z kontaktami społecznymi? Andre miał mnóstwo kontaktów społecznych, przede wszystkim, z osobami starszymi, którzy nierzadko stawali się jego mentorami, nauczycielami. Andre spotykał różne osoby, bawił się także z dziećmi w wieku zbliżonym do swojego. Różnowiekowe kontakty są dla mnie raczej plusem niż minusem. Nie wydaje mi się, że dziecko koniecznie powinno mieć kontakty głównie ze swoimi rówieśnikami. Ale wiem, że na pewno warto spotykać się z innymi, często wychodzić z domu, poznawać nowe miejsca, inne zwyczaje. Dziecko samo nie odkryje wszystkiego, ale niekoniecznie potrzebuje nauczyciela w domu. Potrzebuje jedynie lub aż osoby, która będzie je widzieć, dostrzegać, a czasem pomagać i zapewniać to, czego potrzebuje.

Jakim rodzicem musiałabym być?

Myślę sobie o tym, czy ja nadawałabym się do tego? Jak tylko wspominam moim klientom, czy znajomym o możliwościach, jakie daje edukacja domowa to pierwszym ich argumentem jest to, że oni nie wzięliby odpowiedzialności za edukację swoich dzieci. Drugim argumentem jest brak możliwości finansowych i zawodowych, aby podołać temu zadaniu. Przede wszystkim jestem przekonana, że rodzice mają niesamowitą wiedzę, mają swoje pasje, którymi chętnie zaraziliby swoje dzieci. W bliższej lub dalszej okolicy są ludzie wokół nas, którzy mają wiedzę na inne tematy, przy odrobinie chęci, dzieci mogłyby spotykać się regularnie, albo od czasu do czasu z dziadkami, ciociami, wujkami, innymi rodzicami, naszymi znajomymi, po to, aby poznawać pasję wszystkich wokół. Czemu rodzice nie mają takiej pewności siebie? Myślę, że rodzice nie lubią uczyć się z dziećmi. Popołudniami wracają zmęczeni z pracy i czeka na nie dziecko, które chce grać, bawić się i biegać po kałużach, a nie uczyć się. My całą swoją energię musimy przeznaczyć na to, aby różnymi sposobami dojść do tego, by dziecko odrobiło wszystkie zadania domowe, nauczyło się na sprawdziany i kartkówki. Nierzadko kończymy o 21, a czasami zdesperowani odrabiamy zadania domowe za nich.

Wady szkoły, które (mnie) przerażają

1. Nauczyciele są źle opłacani. Rodzice nie traktują nauczycieli z szacunkiem, jedynie na nich narzekają. Dzieci widząc to, są zdezorientowane. Dzieci przestają nauczycieli szanować i na swój sposób to demonstrują. Rodzice nie widzą w nauczycielach specjalistów. Gdyby byli specjalistami to państwo płaciłoby im jak specjalistom. Mnie nie dziwi szybkie wypalenie zawodowe nauczycieli. Uczenie dziecka w ściśle określonych ramach, niesie ze sobą wiele trudności i demotywuje, ogranicza możliwości. Nauczyciele mają przed sobą nie tylko wymagających uczniów, czy wymagającą dyrekcję, ale przede wszystkim wymagających rodziców, którzy wychowują dzieci nieco inaczej niż kiedyś, a szkoła zmieniła się naprawdę niewiele. Czasami wręcz w odwrotnym kierunku, bo przerażeni nauczyciele nie potrafią okiełznać tych kreatywnych i wymagających dzieci.

2. Oczekiwania. Dzieci codziennie muszą stawić czoła kolejnym, mnożącym się oczekiwaniom. A te oczekiwania są jasno określone i za ich niespełnienie czeka ich kara. Zła ocena, uwaga do dzienniczka, dodatkowe zajęcia wyrównawcze. Jak duży stres przeżywa dziecko przed sprawdzianem? I to poczucie, że „ciągle nie jestem dostatecznie dobry…”, albo „w niczym nie jestem taki, jaki powinienem być…”, czy „znowu mi coś nie wyszło…” Porównywanie z innymi… ta smutna rywalizacja o wszystko.

3. Rytm, ma swój plus, ale też minus. Niektóre szkoły są kilku zmianowe, co skutkuje tym, że dzieci zamiast uczyć się w porach, które są dla nich najbardziej efektywne, uczą się raz rano, raz w południe. Jednego dnia kończą lekcje o 16:30 a następnego idą na 8:00. Zajęcia dodatkowe, chaos, zmęczenie…

Najważniejsze zalety edukacji domowej, które widzę na ten moment:

1. Zabawa swobodna, nauka przez zabawę. Forma zdobywania wiedzy jest różnorodna, ciekawa, niezwykle rozwijająca.

2. Zmotywowani, uważni i wspierający rodzice, mentorzy, którzy nie tyle zwracają uwagę na indywidualny sposób uczenia się, ale przede wszystkim dostrzegają w dziecku to, co jest w nim najlepsze i dzieci mają okazję uwierzyć w siebie i swoje niesamowite możliwości.

3. Podążanie za dzieckiem i jego zainteresowaniami. Dziecko uczy się tego, czego chce. Rodzic, jeśli chciałby, aby dziecko dowiedziało się czegoś innego to może wykorzystać zainteresowanie dziecka jakimś tematem i rozwinąć go w taką stronę, aby ćwiczyć z dzieckiem umiejętności, które rodzic uważa za warte poznania w tym momencie.

4. Dziecko wiele zapamięta na całe życie. Bo nie było popędzane, zgłębiało temat w swoim tempie, w takim stopniu, w jakim budziło jego ciekawość. Przecież teraz jestem w stanie nauczyć się wszystkiego i to bardzo szybko. Nie muszę kończyć szkoły i wiedzieć wszystko. Owszem warto umieć podstawy liczenia i czytać, aby móc samodzielnie zdobywać wiedzę.

5. Spotkania i kontakty z ludźmi w różnym wieku. To jest coś niesamowitego, co w rodzinie jest naturalne. Oczywiście warto, aby dziecko nawiązywało kontakty z innymi ludźmi i młodszymi i starszymi bez udziału rodziców. Rodzicielstwo bliskości podkreśla, że dziecko, które czuje się bezpieczne w relacji z rodzicem, czuje, że jest blisko. Chętnie się od niego oddala i jest samodzielne, a następnie wraca i z radością opowiada o tym, co się wydarzyło.

6. Brak oceniania. Brak sprawdzianów. Dziecko w edukacji domowej musi zmierzyć się z jednym testem na koniec roku. Podczas całego roku rodzice mają możliwość niepokazywania dziecku jego błędów. Dziecko z czasem, po kilku ćwiczeniach dojdzie do poprawnej odpowiedzi. Nierzadko dziecko samo widzi, że zrobiło błąd. Nie trzeba tego podkreślać. Błędna odpowiedź dziecka to informacja zwrotna dla rodziców mówiąca: „Aha… on jeszcze tego się nie nauczył…” i tyle!

Edukacja domowa ma swoje plusy i minusy. Każdy powinien sam w swojej rodzinie dowiedzieć się ile zyskują, a ile tracą decydując się na taki krok. We mnie jest zachwyt, fascynacja. Ale też są wątpliwości. Bo nie tylko chodzi o moje chęci, wiedzę, możliwości finansowe. Przede wszystkim chodzi o to, jak to wpłynie na moje dzieci i to na każde z nich osobno. Czego każdy z nich potrzebuje i jak to zorganizować w taki sposób, aby im pomóc się rozwijać?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.