Dzień z życia mamy

Budzę się, czuję przeszywający ból w głowie, dzieci biegają dookoła łóżka. Czuję, jakby wszystko się działo jak na scenie, a ja jestem za kotarą. Jakieś pytania i prośby, kłótnie i trudności dochodzą do mnie jakby z oddali, jak przez mgłę. Myślę – „nie wstaje… nic mnie do tego nie zmusi”. Bieganie, krzyki, piski, piosenki, instrumenty, zabawki. Po jakimś czasie dźwięk otwieranej lodówki, przesuwanie krzesła, wyciąganie płatków, miseczki, łyżeczki. Mikrofalówka, znów przesuwanie krzesła i radosne „Już gotowe, mogę jeść”. Myślę: „Jak dobrze, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki, jak dobrze, że oni to potrafią”. Daje mi to dodatkowe minuty leżenia, prawie snu… Potem słyszę dźwięk wrzucania miseczki do zlewu (uff plastikowa) i łyżeczki. Chwila zabawy, znów bieganie, płacz, cisza, śmiech. Który moment jest tym, w którym już muszę wstać? Czemu mnie boli tak głowa? Co się dzieje?

Słyszę otwieranie szafki na buty, ubierają buty, młodsza przynosi mi każdy do łóżka i idzie po następny, a potem mój jeden, mój drugi. Otwieranie drzwi, głosy na klatce, dźwięk schodzenia z rowerkiem po schodach, starszy zaraz będzie na ulicy. Ok, wstaję.

Moje dzieci już zrobiły wszystko, starszy z rowerkiem, w piżamie, ale w butach czeka na dole. Młodsza w piżamie, z brudną pieluchą, przy łóżku czeka, aż założę jej buty. Mąż gotowy do pracy, wychodzi. Miał zdążyć odwieźć starszego do przedszkola, ale nie… musi jednak wyjść wcześniej niż planował wczoraj. Ubieram coś. Przewijam małą. W międzyczasie krzyczę „Zaraz zejdziemy, poczekaj chwilę”. Biorę wszystko – przynajmniej tak mi się wydaje – i wychodzę. Na dole przebieram starszego. „Dziś pojedziemy autem” – mówię. Fotelik nieprzypięty, ja nieprzytomna. Wchodzimy do przedszkola. Zaraz starszy pójdzie do sali, ja mam masę planów na dziś, może zaraz mi przejdzie ten ból i wszystko się uda. Wchodzimy, zmiana sali, obce dzieci, obca pani. Syn – paraliż, nie chce iść. Wszystkie dobre dusze chcące go wesprzeć powodują, że zamyka się jeszcze bardziej. Pomocne uwagi w stylu „musisz iść do tej sali, nie masz wyboru”, „no chodź zobaczysz jaka to sala”, itp. Patrzę na niego. Znam go. Wiem, że on chciałby by nikt nic do niego nie mówił. Chciałby, aby ciocie i wujkowie „dobre rady” nic nie mówili. Chciałby, aby pan woźny nie dotykał go po głowie. Wtula się wręcz w ścianę, smutny, trzyma wielkiego psa z Ikei. Podchodzę i pytam: „Boisz się iść do nowej sali, pełnej dzieci. Znasz kilkoro z nich, ale nie ma nawet pani, którą lubisz….” Czuję, że jestem na granicy wybuchu, ale tak bardzo go rozumiem. „Chcesz iść do domu?” Odpowiada z ulgą – TAK! To pierwszy raz, gdy poszliśmy do przedszkola i nie został, bo sam tak zadecydował. Mówię – „dzisiaj nie jest to twoja sala, twoja grupa, twoja pani, a ja nie idę do pracy, więc możemy wrócić do domu”.

Wracamy. Kompletnie nieprzygotowana do takiej sytuacji, nieumyta, głodna i bez kawy parkuję pod domem. Idziemy do sklepu. Starszy ucieka gdzieś po krzakach, znika mi z oczu. Wołam. Pojawia się. Wołam. Przybiega. W kolejce w piekarni wierci się i tańczy, krzywe spojrzenia wszystkich czekających za nami, a ja pytam – „zdecyduj się, chcesz palucha serowego czy plecionkę?” On odpowiada „czekoladę”. Po chwili: „mogę kupić palucha lub plecionkę, co wybierasz?” Odpowiada „palucha”. Uff mamy decyzje. Kupuję, Młodsza już przy drzwiach, zaraz ktoś wejdzie i ją walnie w głowę. Ktoś chce wyjść, a młodsza trzyma drzwi, my płacimy. Pani czeka. Myślę „tylko do domu…”. Staję przed sklepem i mówię: „Nie poszedłeś do przedszkola. Musimy teraz wrócić do domu, muszę wypić kawę, umyć się, ubrać się i zjeść. Wy w tym czasie się pobawicie, a potem pójdziemy na spacer. Strasznie boli mnie głowa. Spróbujmy by ten dzień był fajny”. Awantura o wzięcie rowerków do domu z dołu klatki. Awantura o bajki. Awantura o zabawki. Myślę „Jeszcze raz i nie wytrzymam”. Piję kawę. Głowa nadal boli. Kąpiel, oczywiście dziś kiedy chce koniecznie chwile być sama bawią się tuż pod wanną, sprzedają mi zabawki, a ja kupuje. Ubieram się.  Awantura o bułkę. „Jestem na granicy… byle do drzemki”. Po kilku akcjach wychodzimy.

Starszy przed wyjściem sam z siebie deklaruje: „będę się zatrzymywał i czekał na was”. Ulga. Po chwili dodaje „przez tory sam nie będę przechodził, bo to niebezpieczne, poczekam na was”. Ulga. Kiedyś to było moje marzenie, nareszcie po przeszło 2 latach cel osiągnięty. Mój syn od dwóch tygodni zatrzymuje się zawsze. Jak miło jechać sobie wózkiem spacerowym spokojnym tempem, z myślą, że on jest obok, że nie muszę się martwić, czy wpada właśnie pod samochód, czy się zatrzyma, krzyczeć na całe osiedle „STÓÓÓÓJ”, biec…. ciągle biec. Czasem widzę takie mamy, które idą z dzieckiem za rękę, ciągną je wręcz za sobą. Idą tempem ślimaczym… mi to się nie zdarza. NIGDY!

Pociągi. Plac zabaw. Młoda śpiąca. Kropi. Wracamy. Głowa boli. Zamykam roletę. Szantażuje starszego (niby daje wybór): Masz wybór albo jesteś z nami i jesteś cicho, albo w pokoju się bawisz sam. Ma fazę, że „ale ja nie mogę być sam…” więc wybiera nas. Oczywiście przed-drzemkowa głupawka nie pozwala mu być cicho. Gada, śmieje się. Myślę „O nie! Zaraz mu strzelę!” Gotuje się we mnie, błagam, chcę spać. Starszy biega od pokoju do nas i tak w kółko. Młoda na szczęście tak padnięta, że zasypia od razu, pomimo hałasu, który zwykle jej bardzo przeszkadza. Starszy w końcu kładzie się. Ja obok niego. Oboje napierają na mnie. Moje miejsce w łóżku jest tak małe… coraz mniejsze… Przesuwam każdego. Uff nareszcie. Starszy się wierci, wierci  wierci. W końcu zamyka oczy. Zasnął.

Budzę się. Głowa nie boli. Młoda sie budzi. Bawimy się. Robimy naleśniki. Na nic innego nie mam siły, a poza tym w lodówce pustawo. Starszy śpi 3,5h. Odsypia wrażenia sprzed kilku dni – był na wyjeździe z tatą. Myślę – „dobrze, że został”. Mam plan pojechać do centrum. Plan staje się bezsensowny. Starszy tyle śpi, że nie zdążymy. W końcu wstaje. Mówię, że jest możliwość jechania autobusem, musimy zjeść i pójdziemy do groty solnej. Jemy. Jedziemy. Wysiadamy. Syn za rękę. Córka w wózku – na siedząco. Marzenie. Jak pięknie. Opowiadamy sobie, liczymy, uczymy się słów, sylabizujemy. Ach te mądre rozmowy. Pani opowiada w autobusie jaki mam cudowny czas teraz. Po chwili dodaje i mówi „wiem, że jest ciężko…”. Nie lubię takich rozmów. Jestem matką bo chce, nikt mnie do tego nie zmusił. Nie wiem, co odpowiedzieć. Jestem szczęśliwa. Dodaje – „to najlepszy okres dla matki…”. Myślę – „dla mnie najlepszy jest każdy okres. Każdy ma swój urok i każdy chce przeżyć. Chciałabym by każdy był inny, ale niósł ze sobą wartość.” W grocie Starszy się bawi. Młodsza też. Leżę na leżaku. Nikogo nie ma. Starszy ma dwa kryzysy, mówi, że śmierdzi i wychodzi. Tłumaczę, że to jeszcze chwile potrwa. Bawię się z nimi. Starszy rzuca solą wszędzie: „Mamo! Robię deszcz solny!”. Tłumaczę, że sól gruba, rzucaj tam gdzie nikogo nie ma. Koniec seansu. Sprzątamy zabawki, sól porozrzucaną wszędzie. Wychodzimy. Ci już przy drzwiach, zanim zdążyłam położyć torbę. Idę po nich. Mówię – „najpierw buty, potem myjemy ręce, ubieramy się i wychodzimy na autobus. Teraz nie musimy się spieszyć”.

Wychodzimy. Uprzejmie żegnamy się. Młodsza uroczo macha, robi dobre wrażenie po całym chaosie jaki po sobie zostawiliśmy. Idziemy na plac zabaw obok przystanku. Syn siku, córka na zjeżdżalni i krzyczy, bym była obok, bo to nowa zjeżdżalnia i boi się zjechać. Zjechała. Syn kupa. Znów nie mam worka, ani mokrych chusteczek. Mam wodę i suche chusteczki. Ok! Kupa w krzaki. Syn zadowolony biegnie się bawić. Wymyśla niesamowite historie. Ja sprzątam. Córka woła, że chce zjechać. Podchodzę, ona rezygnuje. Wracam do sprzątania. Ściągam ją. Idziemy do starszego. Widzę, że jedzie autobus. Ok. „Za 7 min idziemy.” Bawimy się. Huśtamy.

Idziemy na przystanek. Dzwoni mąż. Nie ma kluczy. Czeka pod drzwiami. Po powrocie z gór wszystko stoi na głowie. Jedziemy autobusem. Młodsza ciągle wychodzi z wózka. Dobrze, że to tylko 10 min. Wychodzimy. Chcemy iść po ulubiony przysmak do piekarni. Zamknięta. Syn rozczarowany. Przebolał to. Wracamy. Mąż poszedł gdzieś. Wraca. Kąpiel. Kolacja i zabawa. Usypianie. Trzy próby. Młoda stęskniona. Nie może zasnąć, ciągle ich słyszy, chce z nimi być. 21:00 śpi (zwykle 19:30 pada). 21:30 syn śpi. Mąż relaksuje się przed kompem. Ja herbata. Przeglądam grupy wsparcia na fb i myślę sobie: „Dzień zaczął się fatalnie, ale dałam radę. Nie wybuchłam ani razu. Trochę byłam poddenerwowana, ale powiedziałam im, że boli mnie głowa. Jak kogoś coś boli to łatwo go zdenerwować. Gdyby nie to, nie byłabym zdenerwowana”. Przyjęli do wiadomości. Przynajmniej starszy.

Udało się. Przetrwałam.  Byłam w pełni świadoma, co czuję, co mnie boli, co mogę zrobić. Dzięki temu opanowałam się. Było trudno, ale udało się! WOW! Podjęłam dobre decyzje i wszyscy byli szczęśliwi. 22:00 śpię. Jutro kolejny dzień.

Agata

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

2 komentarze “Dzień z życia mamy”