Jak motywować dziecko do nauki? Jak od najmłodszych lat pielęgnować naturalną motywację wewnętrzną swojego dziecka.

Nie napisałam przez wiele tygodni niczego sensownego. Każdego dnia Facebook przypominał mi o moim braku weny twórczej „od 5 (6,7,10…) dni nie opublikowałaś żadnego posta”. I tak dni mijały… Co czułam, czytając w kolejnych dniach upomnienie? Z jednej strony czułam bunt, myślałam sobie – czemu ciągle musi mi o tym przypominać? Jak będę chciała to przecież napiszę, nie potrzebuje tych przypomnień, które brzmią wręcz oceniająco, jak przygany… Czasem rodziły się w mojej głowie idealne racjonalizacje godne psychologa, że przecież nikt nie jest robotem od pisania wyszukanych postów i artykułów. Dalej przyszedł smutek, zaczęły się wątpliwości… „a może już nigdy nie napisze nic wartościowego i ciekawego, bo nie mam nic do powiedzenia?” Kolejny etap to generalizacja „Kurcze, jestem beznadziejna, jak można tak odwlekać, to, co i tak chce zrobić. Przecież na pewno jest coś, o czym chciałabym napisać, tylko nie umiem ubrać tego w odpowiednie słowa…”

I tak o to przyszedł ten dzień! Wiem, o czym chcę napisać! Po 30 dniach od opublikowania posta mam! Chcę napisać o motywacji. O tym, jak to się dzieje, że z istot chcących zdobywać wiedzę i rozwijać się, stajemy się istotami, które są kierowane, której ustalane są cele, ścieżki rozwoju, która w efekcie nie decyduje o sobie, ponieważ ciągle ktoś motywuje ją zewnętrznie. W końcu większość z nas zapomina, jak korzystać z motywacji wewnętrznej.

Pierwszym problemem na mojej drodze jest pewna sprzeczność. Otóż, jak można pisać o motywacji, gdy przez tak wiele dni nie potrafiłam sama się zmotywować i nawet motywacja zewnętrzna, stojącego nade mną Marka Zuckerberga, nie dała rady nic ze mną zrobić? Tak to już ze mną jest, że jak tylko ktoś chce mnie zmotywować to rodzi się we mnie bunt i jeszcze większa niechęć. Jedyne, co u mnie działa to motywacja własna. Ale co, gdy jej brak? Gdyby ktoś mi kazał, dał mi jakiś deadline to najprawdopodobniej zmusiłabym się do napisania czegokolwiek, na jakikolwiek temat. Zrobiłabym to, ale czy to by było coś, z czego byłabym zadowolona? Raczej wątpię. A jestem pewna, że w trakcie pisania tego wymuszonego tekstu, na pewno nie bawiłabym się tak, jak teraz. Piszę ten tekst mając poczucie, że chce coś przekazać, co układało mi się w głowie przez wiele dni (zdecydowanie więcej niż zakładałam wcześniej).

Każdy z nas jest inny. Ot, truizm, ale warto go przypomnieć. Niektórzy z nas wolą pracować w grupie osób, inni najlepiej czują się w pracy, gdy w pokoju nikogo nie ma. Jedni pracują w biurze, inni w domu. Jedni wieczorami relaksują się grając w gry komputerowe, inni czytają książki, czy spacerują. Każdy z nas – dorosłych – dokonał pewnego wyboru jak będzie wyglądało nasze życie. To my ubiegaliśmy się o daną pracę, związaliśmy się z tą, a nie inną osobą. Podjęliśmy decyzję. A gdyby tak pozwolić zadecydować naszym dzieciom/ uczniom, co by się stało? Na początku pewnie zachłysnęliby się możliwościami, jakie przed nimi się otworzyły i najprawdopodobniej robiliby wszystko to, co wydaje im się, że jest najbardziej atrakcyjne, a czego nigdy nie mogli robić bez przerwy… np. graliby w gry komputerowe cały dzień, miesiąc, a może nawet niektórzy rok… aż w końcu przyszedłby taki dzień, w którym postanowiliby nauczyć się czegoś nowego, zainteresowali się czymś, czego wcześniej nie dostrzegali. Taki eksperyment nie byłby dobry dla wszystkich rodzin i nie dlatego, że dzieci spędziłyby za dużo czasu przed telewizorem, czy komputerem, ale dlatego, że niewielu dorosłych byłoby w stanie w spokoju znieść ten widok, niewielu z nas byłoby tak cierpliwymi. Niewielu z nas widziałoby w  tym wartość,  a już na pewno większość byłaby przekonana „ale co z niego wyrośnie, jeśli cały dzień nie robiłby nic innego?” Tu pojawia się wiele czynników, które burzą tak zwaną motywację wewnętrzną naszych dzieci.

Co burzy, a co wzmacnia motywacje wewnętrzną?

  • Wiara w kompetencje dziecka i w efekcie w niego samego, brak oceniania.

Dziecko, jak i dorosły potrzebuje być zauważane. Nie potrzebuje nawet ocen, pochwał, kar, ciągłej kontroli swoich postępów. Marzymy, aby obok nas, wtedy, kiedy się czegoś nowego uczymy, wtedy, gdy jesteśmy niepewni siebie, aby był przy nas przyjaciel, czasem przewodnik, a czasami nawet mentor. Nauczyciele w szkołach czasami stają się przewodnikami, wspierają uczniów, są dla nich inspiracją, zachęcają i zarażają swoim entuzjazmem i wiedzą. Niestety, większość ciągle za słabo opłacanych nauczycieli w końcu przestaje się aż tak angażować w swoją pracę. Sami nie czując się doceniani, przestają także doceniać swoich uczniów, wspierać ich i angażować się. Sami postrzegani przez rodziców, jako niewystarczająco kompetentni, przestają się rozwijać, starać i dbać o uczniów.

Jeśli nauczyciele nie zawsze mogą/chcą być przyjaciółmi, przewodnikami i mentorami naszych dzieci to, kto? Czasami są to nieco starsze osoby, które stają się dla nich kimś ważnym np. opiekunowie w różnych grupach młodzieżowych, korepetytorzy, organizatorzy różnych zajęć pozalekcyjnych, starsze rodzeństwo. Niektórym rodzicom udaje się być bliskim towarzyszem swoich dzieci. Gdy dziecko przychodzi z jakąś oceną ze szkoły, to rodzic pyta: „co ciebie zaciekawiło w tym czego się uczyłeś?”, „czy jesteś zadowolony z tego, jak wiele się dowiedziałeś?”. Kiedy dziecko przychodzi do nas i pokazuje nam swój rysunek, na którym narysował kilka kresek i czeka na jakąś ocenę swojego rysunku, a tym samym w konsekwencji ocenę siebie, to pytam: „A co tu narysowałeś? Widzę, że użyłeś dzisiaj dużo kolorów i narysowałeś wiele kresek.” Jest to wstęp do rozmowy o tym, co narysował, co mu się podoba, a co uważa, że mu nie wyszło. Nie ma potrzeby dawać ocen, nie ma potrzeby dawać pieczątek motywacyjnych. Dziecko z własnej chęci postanowiło narysować rysunek, podczas rysowania cieszyło się tą aktywnością, bawiło się, a teraz jedyne, co chce, to porozmawiać z nami o tym, co narysowało. Tak samo jest w szkole. Dziecko może dobrze się bawić podczas zdobywania wiedzy i będzie to robiło, gdy nie będzie obawiało się, że zrobi coś źle, będzie beztrosko czerpało radość z nauki.

Na pewno o wiele trudniej to osiągnąć, gdy dziecko już jest starsze i od wielu lat dostaje złe oceny i z każdym dniem, miesiącem i rokiem jest coraz bardziej zniechęcony do zdobywania jakiejkolwiek wiedzy. Wtedy pozostaje nam zachęta, nie tyle pochwała za jakieś zachowanie, ale zachęta. Dziecko chętnie będzie robiło to, co potrafi. Dziecko naprawdę chce wiedzieć więcej, ale czasem wiedza jest przekazywana w taki sposób, który jest trudny dla niego do zrozumienia.

  • Przekazanie odpowiedzialności za naukę dziecku.

Nie chodzi o to, aby rzucić dziecko na głęboką wodę. Zbyt duża odpowiedzialność dziecka za własną edukacje może spowodować tak duży stres u dziecka, że aż paralizujący. Dziecku należy przekazywać stopniowo odpowiedzialność za jego naukę. Pokazywać, dlaczego dany obszar wiedzy jest ważny, jak można go wykorzystać w praktyce.

Jeśli uczymy się już od najmłodszych lat z dzieckiem to zaczynamy wspólne poznawanie świata od wspólnej zabawy. Jedyne, co robimy wtedy, to zachęcamy dziecko do zabawy. Przecież zupełnie nie ma potrzeby dawać dziecku naklejkę za to, że ułożyło puzzle. Po co bić brawo komuś, kto z dziką przyjemnością i wielkim zapałem postanowił ubrać buty. Wystarczy zauważyć to, co się zadziało: „Widzę, że ubrałaś buty.” Dziecko z dumą odchodzi. Następnym razem znów próbuje, cieszy się z podejmowanych prób, bawi go to i w momencie, gdy zamierzamy mu pomóc dodaje ze złością i stanowczością „Ja sama!” Co możemy zrobić? Nic. Pozwolić. W takich momentach dziecko uczy się, że to od niego zależy, czego się nauczy. Że nauka może być zabawą. Że wysiłek włożony w założenie buta jest czymś naturalnym, koniecznym, mobilizującym, a nie czymś, co demotywuje i irytuje. Dziecko czuje się zauważone, docenione i to mu wystarczy. Dzieci, aby zdobywać świat potrzebują zaplecza w postaci dorosłego, który je zauważa, pomaga, gdy jest o to poproszony i zachęca, gdy dziecko zaniedbuje jakiś ważny obszar wiedzy.

  • Rywalizacja, porównywanie.

Przedszkolaki zaczynają się porównywać, marzą o tym by być pierwsi, płaczą, gdy im się coś nie udaje. Zaczynają dostrzegać różnice między zdolnościami swoimi a innych dzieci. Nie musimy go wpychać w rywalizacje i ocenianie, jedyne, co możemy zrobić to mu pokazać, że wszyscy się czegoś uczymy i to przez całe życie, że nie zawsze jesteśmy pierwsi, a najfajniej jak pierwsi jesteśmy wszyscy wspólnie, że sprawia mi radość rysowanie rysunku, a nie wykonanie go lepiej niż inni. No i, co myślę, że jest najważniejsze, to że różnimy się od innych osób: wiekiem, zdolnościami, talentami, możliwościami. Jeśli będziemy dostatecznie dużo ćwiczyć jesteśmy w stanie wiele osiągnąć, a są takie umiejętności, których nie musimy ćwiczyć, a i tak jesteśmy w nich specjalistami. I to wszystko jest ok.

  • Cierpliwość.

Oj, jak często nie mamy cierpliwości, gdy nam coś nie wychodzi. Próbujemy wiele razy i to wszystko na nic. Przynajmniej nam się tak wydaje… Co powiedzieć maluchowi, który wytrwale próbuje, ale w końcu i ono się poddaje? „Widzę, że jest to dla ciebie bardzo trudne…”, „To musi być niezwykle denerwujące, że próbujesz wiele razy i nadal ci się nie udaje, możesz próbować dalej, lub teraz poprosić o pomoc, a następnym razem spróbować znowu.” Nie wszystkiego musimy się nauczyć od razu. Przy małych dzieciach widać to, jak na dłoni. Chcą zrobić coś, co absolutnie przekracza ich możliwości np. odkręcenie słoika, otworzenie drzwi od domu. Jednak z czasem, nie dziś, nie jutro, ale za jakiś czas i to szybciej niż się będziemy tego spodziewali, nauczą się i sama ta umiejętność będzie dostateczną nagrodą, nie wymagającą kolejnych oklasków, naklejek i ocen.

Podczas wspólnej nauki z dziećmi szkolnymi można dostrzec, że rodzice w końcu tracą cierpliwość. Pół biedy, kiedy sami nie byli orłami w szkole, albo mieli dysleksję. Najgorzej, kiedy rodzic nie miał żadnych trudności w nauce, a jego dziecko ma ich mnóstwo. Wtedy potrzeba niezwykle dużych pokładów spokoju, cierpliwości, a czasami wsparcia z zewnątrz, ponieważ nie każdy z nas ma chęci i możliwości, aby efektywnie uczyć inne osoby. Jeśli chcielibyśmy, jako rodzice, zmierzyć się ze swoim brakiem cierpliwości, to jak najbardziej jest to możliwe. Warto wtedy przeanalizować, co nas najbardziej irytuje i opracować strategię radzenia sobie z tym np. robienia przerw w nauce, regeneracji przed podjęciem wspólnej nauki z dzieckiem, wyłączenie innych urządzeń rozpraszających uwagę, albo irytujących nas, wprowadzenie elementów humorystycznych, czy zabawy do wspólnej nauki z dzieckiem, a czasem podszkolenie się z technik zapamiętywania, czy skutecznych form pomocy dzieciom w nauce.

  • Podążanie za potrzebami, pragnieniami i zainteresowaniami dziecka

Nie da się zaprzeczyć, że komputer, gry komputerowe niosą ze sobą ryzyko uzależnienia od komputera i swego rodzaju odrealnienia. Są dzieci, których gry interesują bardziej niż inne rzeczy. Warto się zastanowić, dlaczego? Co otrzymują w grach, czego nie mogą otrzymać w życiu realnym? Jasne jest, że nie jesteśmy w stanie dziecku zaoferować takich atrakcji, jak w grach komputerowych, ale warto zastanowić się, co jest kluczowe? Czy nasze dziecko potrzebuje wygrywać? Czy potrzebuje być przez chwilę kimś innym niż jest w realnym życiu, bo realne życie go przytłacza? Może w grach łatwiej nawiązuje relacje, bo rozmawia z innymi osobami, które dzielą jego pasje i zainteresowania? Zamiast obawiać się zainteresowań naszych dzieci, zamiast je ograniczać, zabraniać, porozmawiajmy z nim o tym. Nie oceniajmy, tylko zagrajmy z nim, aby zobaczyć, co tak naprawdę interesuje nasze dziecko i dlaczego. Może dzięki temu odkryjemy, jakie inne aktywności będą zaspokajały u niego te same potrzeby np. gry planszowe. I w ten sposób zminimalizować ewentualny negatywny wpływ gier komputerowych na nasze dziecko. Gry komputerowe mogą być wspaniałym narzędziem poszerzającym zainteresowania naszego dziecka, ale jeśli stają się ucieczką od świata i miejscem, gdzie otrzymuje wzmocnienia pozytywne, których nie dostaje w realnym świecie, to trzeba się zastanowić, jak można to zmienić.

  • Skupienie się na życiu tu i teraz zamiast obawami i wybujałymi oczekiwaniami względem przyszłości.

Nie ma nic gorszego od ciągłego martwienia się, czy uda nam się spełnić czyjeś wysokie wymagania. Wyobraźmy sobie, że nasz współmałżonek jest strasznie pedantyczny, jeśli chodzi o to, jak ma wyglądać obiad: zawsze na czas, podany przy czystym stole, dwudaniowy, zdrowy, ekologiczny i w miłej atmosferze. Pomyślmy, kto z nas jest w stanie spełnić te oczekiwania? Raz? Jasne, może nawet wszystkie, ale każdego dnia? Co myślisz, gdy przygotowujesz obiad, który będzie skrupulatnie oceniony przez drugą osobę? Czy jeszcze sprawia ci radość gotowanie? A może idzie ci z każdym obiadem coraz gorzej, aż w końcu albo się buntujesz i przestajesz gotować w ogóle, albo zamawiasz jedzenie na wynos.

Często jesteśmy tak zmartwieni tym, jak nasze dzieci poradzą sobie w dżungli dorosłości, że bombardujemy ich tymi obawami już od najmłodszych lat. Najpierw porównując z innymi, potem kontrolując proces edukacji, fundując mnóstwo zajęć edukacyjnych, rozwojowych, sportowych i artystycznych, aż w końcu spotykamy dziecko, które, ma tylko ochotę, aby się pobawić w nudę. Na czym polega ta zabawa? Na nic nierobieniu. Zajęcia dodatkowe są niezwykle wartościowe, ale czy są bardziej wartościowe od wspólnych spacerów, zabawy w domu, budowania Lego, lenienia się w niedzielne przedpołudnie całą rodziną? Przyszłość w końcu przyjdzie i nie jesteśmy w stanie się na nią w pełni przygotować. A co możemy dać naszym dzieciom? Coś, co będzie dla nich wspierające bez względu na wszystko: bycie tu i teraz, kreatywność, wiarę we własne możliwości, motywację do nauki i umiejętności budowania bliskich, trwałych i satysfakcjonujących relacji z innymi ludźmi.

Wiele artykułów podaje nam mnóstwo prostych i szybkich rozwiązań na to jak zmotywować nasze dziecko. Motywacja wewnętrzna jest budowana latami. A raczej latami musimy się starać, aby jej nie zabijać w naszych dzieciach i w nas samych. Dziecko rodzi się z naturalną chęcią poznawania świata. Uczmy się od nich, jak wspaniale móc bawić się i uczyć jednocześnie. Jak się nie poddawać. A kiedy zobaczymy, że nasze dziecko chce iść samo po schodach, to pomyślmy, jak bardzo boimy się, że spadnie, na ile mu ufamy? Czy mam teraz czas, aby mu na to pozwolić? Jeśli to nie jest moment, gdy akurat jesteś gdzieś spóźniona – po prostu pozwól, nie trzymaj za kaptur, bądź w pobliżu i pozwól na samodzielne poznawanie, eksplorowanie świata.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.